Author: oxymedica

Kiedy, jak i dlaczego „wynaleziono” śniadanie?

Czytając różne informacje na temat śniadań i typowym dla siebie zwyczajem próbując dociec, jakie argumenty stoją za ich omijaniem, a jakie przeciw natknęłam się na kilka bardzo ciekawych informacji dotyczących samego zwyczaju spożywania porannego posiłku i tego jak zmieniające się warunki w coraz bardziej zindustrializowanym świecie sprawiły, że w USA na początku XX wieku grupa lobbystów pracujących dla producentów płatków śniadaniowych wymyśliła hasło „śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia” po to, by sprzedać gotowy do spożycia produkt. Zdaje się, że w dziejach ludzkości poranny posiłek nigdy nie zajmował tak doniosłego miejsca i z wielu powodów był nawet omijany na rzecz późniejszego, spożywanego po wykonaniu wielu porannych czynności. Hether Arndt Anderson, autorka książki Breakfast: A History mówi, że „Tak naprawdę jedzenie śniadania przed mniej więcej XVII wiekiem i Reformacją Kościoła było wręcz źle widziane”. Autorka twierdzi, że to słabość Królowej Elżbiety I dla tego posiłku pomogła zwiekszyć jego popularność w Europie. I to był początek tego śniadaniowego szaleństwa, którego ciąg dalszy rozegrał się w USA na początku XX wieku i którego główna rola przypadła nie komu innemu, a producentowi płatków śniadaniowych dr Johnowi Harveyowi Kelloggowi. 

Czy kiedyś jadało się śniadania?

Śniadanie – takie, jakie znamy dziś – nie istniało przez bardzo długi okres w dziejach. W starożytnym Egipcie ludzie najpierw modlili się i zajmowali pracą w gospodarstwie. Dopiero potem zasiadali do posiłku, jednego z dwóch w ciągu dnia, który składał się z chleba, sezonowych owoców, cebuli, miodu, fasoli, oliwy, różnych przypraw i piwa. W Starożytnej Grecji tymczasem pierwszy posiłek jadano około południa i był to chleb maczany w wodzie, winie lub oliwie oraz oliwki i ser (tak, alkohol towarzyszył tym wczesnym posiłkom i okazuje się, że kawę, podobnie jak śniadanie, zaczęto „zalecać” głównie po to, by ludzie wydajniej pracowali; ale o dziejach kawy może w innej opowieści ;-)). Caroline Yeldham, specjalistka w dziedzinie historii jedzenia, twierdzi, że Rzymianie natomiast jadali jeden główny posiłek w ciągu dnia w okolicy południa zaś częstsze jedzenie postrzegane było niemalże jak obżarstwo. W średniowiecznej Europie lidzie wstawali o świcie, zajmowali się pracą po czym zasiadali do stołu przed południem. Tylko chorym i osobom starszym zalecano jeść wcześniej. XIII-wieczny filozof Tomasz z Akwinu postrzegał zbyt wczesne jedzenie za grzech ponieważ poszczenie było przejawem religijności, a śniadanie ów post przerywało (breakfast po angielsku znaczy dosłownie „przerwać post”).

Historyk Ian Mortimer twierdzi, że śniadanie pojawiło się w XVI wieku jako skutek uboczny pojawienia się zatrudnienia wymagającego od ludzi opuszczenia swojego miejsca zamieszkania i spędzania wielu aktywnych godzin poza domem, bez dostępu do pożywienia. I oczywiście śniadanie umożliwiało im dłuższą i bardziej efektywną pracę. Rewolucja Przemysłowa jeszcze ten proces nasiliła i zapoczątkowała towarzyszący nam do dziś schemat „przymusu” jedzenia z samego rana – przed pójściem do pracy czy do szkoły. Bardzo możliwe, że gdyby nie te zmiany społeczno-gospodarcze i nowy wzorzec funkcjonowania śniadanie nigdy nie zostałoby „wynalezione”.

Sponsorowane mody śniadaniowe

I tu się dopiero zaczyna ciekawa historia wyjaśniająca, dlaczego na śniadanie jemy to, co jemy (czyli najczęściej to, czego jeść nie warto).

Jajka przez długi okres były typowym posiłkiem porannym ze względu na ich dostępność, ale połączenie ich z bekonem to już wynalazek XX wieku. I nie wiem, jak to było w Europie, bo znam amerykańską historię, ale tak jak i inne mody w końcu do nas dotarła i zmieniła nasze zwyczaje, więc można ją uznać za historię świata Zachodu w ogóle. 

W latach 20. XX wieku Amerykanie jadali raczej lekkie śniadania. Ale firma produkująca bekon Beech-Nut Packing Company chciała sprzedawać go więcej i zatrudniła wybitnego specjalistę sprzedaży, „ojca” public relations, Edwarda Bernaysa. Ten Austriak, którego wujkiem był nie kto inny jak Zygmunt Freud, wprowadził psychologię w różne rodzaje marketingu – od rządowej propagandy po reklamę papierosów Lucky Strike. A w przypadku bekonu uznał, że aby sprzedawać go jak najwięcej musi stać się koniecznym elementem zdrowego śniadaniowym. Oczywiście żeby wszystko to brzmiało wiarygodnie trzeba było jeszcze wesprzeć się opinią medyczną, co wcale nie okazało się trudne. Lekarz pracujący w tej samej agencji potwierdził, że spożywanie pożywniejszego śniadania może wyjść jedynie na zdrowie ponieważ takowe zapewnia więcej energii, a nie ma nic cenniejszego niż niespożyte zasoby energii o poranku. W związku z czym napisał w tej sprawie do 5 tys. innych medyków i od większości dostał wsparcie. I tak oto nagłówki w gazetach zaczęły obwieszczać, że tysiące lekarzy zaleca ciężkie śniadanie ze względu na korzyści zdrowotne, zaś idealnym przykładem takiego właśnie śniadania są jajka na bekonie. 

Płatki na zbawienie

Płatki śniadaniowe wymyślono również w XX wieku i również w określonym celu. Okazało się, że ciężkie śniadanie zaczęło powodować niestrawność i inne bolączki. Modne stawały się w tym czasie sanatoria, gdzie pośród różnych naturalnych metod propagowano zdrową dietę, której preferowanym ideałem stał się wegetarianizm. Ale i w tym modelu wykorzystywano slogan o ważności śniadania, tylko inny miał być jego główny protagonista. W 1917 roku w czasopiśmie Good Health opublikowano artykuł napisany przez dietetyczkę Lennę Cooper. Tenże głosił, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia. Gazetę publikowało Battle Creek Sanatorium w Michigan prowadzone nie przez kogo innego, a dr Johna Harveya Kellogga, producenta płatków śniadaniowych. Cooper prowadziła zajęcia z dietetyki w jego sanatorium i pozostawała pod nieodpartym wrażeniem wyznawanych przez niego filozofii. A Kellogg, wyznawca Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego zalecał – podobnie jak inni jego koledzy prowadzący sanatoria – wegetarianizm jako element purytańskiej diety idealnej dla poskromienia naszych nieokiełznanych zwierzęcych instynktów i uchronienia nas przed grzechem masturbacji. Płatki śniadaniowe okazały się nadawać idealnie do tej misji. Duże wpływy oraz agresywne kampanie reklamowe z opiniami takich „specjalistów” jak Cooper pomogły upowszechnić ideę, że płatki śniadaniowe są doskonałym posiłkiem z samego rana. W latach 40., gdy głośno zrobiło się o witaminach, płatki oczywiście nimi wzbogacono i już nic nie stało na przeszkodzie, by nazwać je najzdrowszym i najważniejszym w ciągu dnia posiłkiem. Wkrótce potem, gdy coraz więcej kobiet zaczęło pracować, płatki okazały się idealnym posiłkiem dla całej rodziny – szybkim w przygotowaniu i oczywiście, pożywnym i, oczywiście, pełnym witamin. 

Historia bardzo ciekawa i nie brak w niej elementów, z którymi się zgadzam. Myślę jednak, że znając ją warto zastanowić się, co jemy na śniadanie, kiedy i dlaczego. Bo może nie chodzi o to, żeby omijać śniadanie (zresztą posługując się angielską terminologią nie ważne, kiedy zjemy pierwszy posiłek, bo zawsze będzie to break-fast), ale żeby poczuć, czy potrzebujemy jeść je tak wcześnie i czy ma to być „typowe” śniadanie złożone z wysokoprzetworzonych produktów zawierających duże ilości cukru. 

Bibliografia:

https://www.mashed.com/66838/secret-history-breakfast/

https://www.dailytelegraph.com.au/news/how-the-kellogg-brothers-influenced-the-way-westerners-eat-breakfast/news-story/7478e97f93d98c466454ac970a88e9ad

https://www.theguardian.com/lifeandstyle/2016/nov/28/breakfast-health-america-kellog-food-lifestyle

https://www.bbc.com/news/magazine-20243692

Jak długo pościć dla poszczególnych korzyści zdrowotnych?

Czy wiecie, że w zależności od długości postu możemy czerpać z iego różne korzyści Jakie – o tym dowiecie się z poniższego artykułu.

Jednym z podstawowych metod dbałości o zdrowie wszystkich Biohakerów są posty. Dlaczego? Ponieważ to stosunkowo proste w zastosowaniu, ekonomiczne i dostępne dla każdego narzędzie oferuje ogromne korzyści, których nie da nam żaden drogi suplement czy godziny spędzone na siłowni. 

Posty nie są jakimś nowym trendem żywieniowym, wręcz przeciwnie. Znane były już od tysiącleci w każdej chyba kulturze. Religie również polecały głodówki nie tyle ze względu na ich fizyczne benefity, ile z uwagi na moc duchowego oczyszczania, jaką ze sobą niosły. Grecki lekarz Hipokrates zwykł mawiać „Jeśli jesz w czasie choroby, to karmisz chorobę” (To eat when you are sick is to feed your ilness). Tymczasem Paracelsus, ojciec medycyny nowożytnej, mawiał, że głodówka jest najsilniejszym lekarstwem – naszym wewnętrznym lekarzem. 

Mówiąc o postach warto też zauważyć, że nigdy w dziejach ludzkości nie jedliśmy tak dużo i tak często. Jeszcze nasi dziadkowie, a nawet rodzicie, ze względu na warunki i brak żywości często nie mogli najadać się do syta, a niektóre okresy roku (przedwiośnie), ubogie w kończące się po zimie zapasy wymagały przysłowiowego „zaciśnięcia pasa”. Moja mama opowiada, że gdy była dzieckiem mięso gościło na stole co najwyżej raz w tygodniu. Warto też pamiętać, że choć posiłki były mniejsze i rzadsze to ludzie więcej się ruszali i przez dużą część dnia pozostawali fizycznie aktywni.

Co się stało dziś? Otóż dziś jemy dużo i mało się ruszamy. Na domiar złego popularne zalecenia – chyba głównie w służbie konsumpcjonizmu, bo z pewnością nie naszego zdrowia – każą jeść często, co nie daje możliwości odpoczynku naszemu układowi pokarmowemu i prowokuje liczne skoki poziomu glukozy i wyrzuty insuliny. Nic więc dziwnego, że coraz więcej osób rezygnuje z takiego modelu. Zaczynamy sięgać po jedzenie coraz rzadziej, opuszczamy wczesne śniadania i późne kolacje aby „zresetować” nasz metabolizm, wyregulować gospodarkę cukrowo-insulinową i po prostu dać odpocząć naszemu organizmowi. 

A najlepszą metodą, by tego dokonać, są okresowe posty. Tylko czy na pewno wiemy, jakich korzyści możemy się spodziewać stosując16-godzinny post przy okazji postu przerywanego? A co dokładnie się dzieje w naszym organizmie gdy nie jemy 24 albo 36 godzin? No i jakie zmiany zachodzą podczas długoterminowych postów?

Dziś podam Wam pewien przybliżony „zegar” zmian jakich możemy się spodziewać w poszczególnych godzinach od rozpoczęcia postu. I oczywiście warto mieć świadomość, że pomimo pewnego wzorca każdy z nas nieco inaczej będzie reagował na głodówkę ze względu na swoją dietę, wagę czy stan zdrowia. Warto też mieć świadomość, że jeśli pozostajemy na diecie ketogenicznej czy też niskowęglowodanowej to szybciej przywracamy bazowy poziom glikozy i ze względu na większą elastyczność metaboliczną łatwiej wchodzimy w stan ketozy niż osoby pozostające na żywieniu wysokowęglowodanowym. 

A czego dokładnie możemy spodziewać się w konkretnych godzinach postu?

4h – spada poziom cukru

10h – zużywany jest glikogen

20h – zwiększa się produkcja ketonów i nasila spalanie tłuszczu

24h – przejście na spalanie tłuszczu, wzrost poziomu hormonu wzrostu, spadek poziomu greliny, spadek apetytu

36h – znaczny wzrost poziomu autofagii, recykling starych białek, naprawa i usuwanie śmieci, nieszczone są komórki nowotworowe

48h – naprawa insulinooporności, intensywna autofagia, naprawa atrofii

60-72h – odnowa układu odpornościowego, wzrost liczby komórek macierzystych układu odpornościowego

Czy wierzysz w największy mit na temat metabolizmu?

Metabolizm zwalnia w średnim wieku i to dlatego większość z nas koło trzydziestki dorabia się szerszych bioder i piwnego brzuszka. I oczywiście z każdym rokiem jest coraz wolniejszy także nadwaga w wieku czterdziestu lat jest w pełni usprawiedliwiona. Poza tym menopauza naszą przemianę materii spowalnia niemalże do zera także mając na karku pięćdziesiątkę po prostu nie da się być szczupłym. Czy znasz te przekonania? Może i ty w nie wierzysz? Według mnie jest to bardzo możliwe, ponieważ są dość powszechne – jeszcze do niedawna nie było badań, które podważałyby tezę jakoby metabolizm spowalniał w wieku średnim. Ale od niedawna istnieją –12 sierpnia tego roku w czasopiśmie Science opublikowano analizę z 29 krajów pochodzącą od ponad 6400 osób, która te przekonania obala. Okazuje się, że żaden z tych mitów nie jest prawdziwy i że metabolizm wcale nie zwalnia w wieku średnim. Owszem, zmienia się, ale nie tak, jak do tej pory przypuszczaliśmy, a akurat pomiędzy 20 a 40 rokiem życia pozostaje stały.

Ludzki organizm, który codziennie wykonuje tysiące niezwykle skomplikowanych procesów, wymaga dostarczenia pewnej zasadniczej ilości energii, aby mieć dla nich paliwo i podtrzymać życie. Ale chociaż energetyka naszego ciała może wydawać się niezwykle ważna dla zrozumienia różnych aspektów ludzkiego zdrowia tak naprawdę wciąż bardzo mało wiemy na temat wydatkowania energii u ludzi i tego, jak to się przedstawia w różnych okresach życia. Największe badania na ten temat koncentrowały się na bazowym przemianie materii (basal metabolic rate) niezbędnej do podtrzymania podstawowych funkcji życiowych, ale ona ogranicza się jedynie do 50-70 % kalorii, które spalamy w ciągu dnia. Badania z wykorzystaniem podwójnie znakowanej wody natomiast, które mogłyby dostarczyć danych na temat całościowego zużycia energii, były do tej pory ograniczone co do ilości uczestników i ich różnorodności.

Herman Pontzer, antropolog ewolucyjny z Duke University, wraz z ponad osiemdziesięcioma współpracownikami zgromadził obszerną, bardzo zróżnicowaną bazę danych dotyczącą całkowitego zużycia energii w której zbadano ponad 6400 osób w wieku od 8 dni do 95 lat i płci żeńskiej i męskiej. Dane pochodziły z kilku laboratoriów i zostały zebrane na przestrzeni 40 lat. Wszystkie te centra w swoich badaniach wykorzystywały metodę uznaną za złoty standard – metodę podwójnie znakowanej wody (doubly labelled water, DLW). Badanej osobie podawana jest woda znakowana izotopami wodoru i tlenu. Następnie badany jest mocz. Obliczając, ile wodoru i ile tlenu dana osoba traci w ciągu dnia można obliczyć ile dwutlenku węgla dany organizm produkuje w ciągu dnia. A to jest bardzo precyzyjna metoda obliczania ile kalorii spalamy ponieważ nie da się spalić kalorii bez wytworzenia dwutlenku węgla. Badacze spisali też takie dane uczestników jak waga i wzrost dzięki czemu byli w stanie obliczyć procentową zawartość tłuszczu oraz poznać podstawową przeminę materii. Oczywiste było, że osoba niższa będzie spalać mniej kalorii niż wyższa, jednak wziąwszy to pod uwagę badacze zastanawiali się: Czy ich metabolizm jest inny?

Do tej pory naukowcom nie udało się dokładnie ustalić w jaki sposób nasze ciała spalają energię w miarę jak się starzejemy. „Potrzeba dość rozległych danych, żeby móc to zrobić – mówi Pontzer. – I to był pierwszy raz kiedy mieliśmy wystarczająco dużą ilość danych, żeby to zrobić oddzielając wpływ wagi i wzrostu, wieku i płci na zużycie energii w ciągu dnia”.

Co ciekawe, w wyniku badania życie, pod względem szybkości metabolizmu, podzieliło się na cztery etapy:

  • niemowlęctwo aż do roku życia, kiedy to spalanie kalorii jest najszybsze, rośnie od momentu narodzin i w szczytowej fazie wynosi 50 % ponad normę dla osoby dorosłej
  • od roku do 20 lat metabolizm powoli zwalnia mniej więcej o 3 % rocznie
  • od 20 do 60 roku życia utrzymuje się na w miarę stałym poziomie
  • po 60 roku życia zwalnia o ok. 0.7 % rocznie

Gdy te wyniki sprawdzono pod kątem wzrostu, wagi i zawartości mięśni w ciele uczestników okazało się, że nie ma większych różnic pomiędzy metabolizmem kobiet i mężczyzn.

Oczywiście wzorzec ten sprawdza się dla ogółu populacji, wśród indywidualnych osób pojawiają się różnice. Metabolizm niektórych okazuje się być 25 % poniżej oczekiwanego, inni zaś mają go 25 % powyżej tej ustalonej normy. Jednak wyjątki te nie mają wpływu na ogólny wzorzec, który wyłania się z badania pokazując pewną trajektorię zmian metabolicznych na przestrzeni czasu. 

Te cztery okresy metaboliczne naszego życia pokazują, że nie ma czegoś takiego jak stałe tempo wydatkowanej energii na kilogram, bo ono zależy od wieku. To jest zupełnie nowe odkrycie, które w nowym świetle stawia nasze zdrowie i utrzymanie optymalnej wagi ciała w wieku średnim i późniejszym. Okazuje się bowiem, że nie możemy już dłużej naszej nadwagi zrzucać na karb zmian w metabolizmie i że jest ona spowodowana raczej czynnikami zależnymi od nas, takimi jak zmiana nawyków czy też większa ilość spożywanych kalorii.

Bibliografia:

https://www.mp.pl/pacjent/dieta/sport/72237,metody-pomiaru-wydatku-energetycznego-osob-aktywnych-fizycznie

https://www.nbcnews.com/health/health-news/metabolism-adulthood-does-not-slow-commonly-believed-study-finds-n1276650

https://www.science.org/doi/abs/10.1126/science.abe5017

https://www.dukechronicle.com/article/2021/09/duke-university-metabolism-study-herman-pontzer-late-show-stephen-colbert

Uzdrawiająca moc ciąży

Okres ciąży jest manifestacją cudu kreacji nowego życia. Z połączenia żeńskiego i męskiego pierwiastka w czułym akcie zbliżenia powstaje zupełnie nowa jakość. W organizmie kobiety zachodzi ogromna ilość reakcji nadzorujących ten proces. Nauka z pewnością potrafi je wyjaśnić jednak myślę, że dla większości z nas – dla mnie na pewno – po prostu dzieje się cud. Dr Christiane Northrup w swojej książce Ciało kobiety, mądrość kobiety pisze, że w czasie ciąży kobiety mają szanse być w bardzo bezpośredni i silny sposób w kontakcie ze swoim centrum kreacji, harą. Jest to centrum, przez które wchodzimy do życia, miejsce styku duszy z ciałem fizycznym. Czucie tego centrum i scentrowanie na nim daje nam poczucie zintegrowania i całości. Bez kontaktu z nim nie jesteśmy w stanie ani kochać, ani prawdziwie tworzyć. Egzystujemy jak rozsypane w chaosie puzzle, nasza energia krąży bez celu, a my nie jesteśmy szczęśliwi. Okres ciąży, gdy w tym miejscu zaczyna rodzić się nowe życie, jest doskonałym czasem pomagającym nam odzyskać połączenie z naszą harą – centrum naszej mocy, odwagi i kreacji. Warto więc patrzeć na ciążę nie tylko jako okres ogromnej transformacji w ciele fizycznym, ale również czas o potężnym potencjale transformacji na innych poziomach istnienia. Jeśli proces ten oświetlimy światłem świadomości transformacja może być uzdrawiająca i obdarzyć nas mocą. Natomiast na samym poziomie fizycznym zachodzi bardzo wiele zmian. Stan ciąży jest dla ciała kobiety stanem wyjątkowym. Często słyszy się o niedogodnościach tego stanu, takich jak poranne mdłości, bóle w krzyżu, senność i brak energii. Mało jednak – według mnie – podkreśla się właśnie uzdrawiającą moc tego stanu. Zarówno w obszarze całego naszego rozwoju, jako wielowymiarowej istoty, jak również w obszarze poprawy naszego zdrowia fizycznego.

A czego konkretnie możemy spodziewać się wczasie lub dzięki ciąży?

  1. Zmniejszenie ryzyka wystąpienia nowotworów

Zgodnie z badaniami ciąża może chronić przed nowotworami jajnika i piersi. Im więcej ciąż i im wcześniej zaczęłyśmy mieć dzieci, tym większa ochrona. Ponadto samo karmienie piersią dłużej niż trzy miesiące też może mieć działanie chroniące przed wystąpieniem nowotworów. Co prawda naukowcy wciąż nie potrafią w pełni wyjaśnić przyczyn tego fenomenu, jednak zależność taka bezsprzecznie istnieje. Dr Kevin Hughes z Harvard Medical School potwierdza, że dostępne są nam jedynie teorie na ten temat. Jedna z nich sugeruje, że kobiety, ponieważ owulują mniej (brak owulacji w czasie ciąży), mają mniejsze prawdopodobieństwo rozwinięcia nowotwór piersi lub jajnika. Inna teoria natomiast zakłada, że tkanka piersi, która nigdy nie przeszła ciąży, może być bardziej narażona na nowotwór.

2. Mniejsze bóle podczas miesiączki lub zupełny ich brak

Co prawda w czasie ciąży i karmienia piersią miesiączka naturalnie zanika, jednak wcześniej czy później powróci. Możemy jednak być mile zaskoczone, ponieważ wiele kobiet donosi o mniejszych bólach lub ich zupełnym wyeliminowaniu po ciąży i porodzie zwłaszcza, jeśli był to poród naturalny. Jest to dobrze znany fenomen choć dlaczego tak się dzieje do końca nie wiadomo. Jedna z teorii mówi, że poród eliminuje niektóre z miejsc zgromadzenia receptorów prostaglandynowych w macicy. Ponieważ po porodzie jest ich mniej, mniejszy jest ból lub nie ma go wcale.

3. Dłuższe życie

Ponieważ w czasie ciąży matka i dziecko są połączone pępowiną i łożyskiem to zachodzi pomiędzy nimi wymiana komórek i materiału DNA Niektóre z tych komórek płodowych pozostają w jej ciele, a fenomen ten znany jest jako mikrochimeryzm. Poród nie eliminuje obecności tych komórek i są one znajdowane w ciele matki po wielu latach od ciąży, nawet kilkudziesięciu. Mikrochimeryczne komórki płodowe nie tylko krążą w krwi matki – ich obecność potwierdzono również w narządach, skórze czy też węzłach chłonnych. Pierwszych dowodów na to, że komórki rozwijającego się płodu trafiają do ciała matki dostarczył już w 1893 roku niemiecki patolog Georg Schmorl. Znalazł je w ciele kobiety, która zmarła na nadciśnienie wywołane ciążą. I chociaż spekulował, że podobne zjawisko zachodzi również w zdrowej ciąży, to dopiero wiek później naukowcy zaczęli dokładniej ten fenomen badać. W 2010 roku naukowcy z Instytutu Biologii Medycznej w Singapurze stwierdzili, że materiał genetyczny płodu potrafi przedostać się nawet do mózgu pokonując barierę krew-mózg. Migrujące komórki płodu mają charakter totipotencjalny w związku z czym mogą się różnicować w dowolne tkanki w organizmie. Przyjmuje się, że te komórki mogą pełnić w organizmie kobiety funkcje terapeutyczne. Udowodniono, że wspomagają gojenia się ran i urazów wewnętrznych. Dzięki nim poprawia się również funkcjonowanie układu immunologicznego. Zauważono także korelację pomiędzy posiadaniem potomstwa przez kobietę a długością jej życia. Badanie dotyczące immunologicznych implikacji mikrochimeryzmu zamieszczone przez naukowców z Cincinnati Children’s Hospital w Nature Reviews pokazuje, że te komórki nie są są przypadkowymi pamiątkami po ciąży, ale są celowo utrzymywane w organizmie matki i jej potomstwa, aby sprzyjać zdrowiu genetycznemu. Poza tym zjawisko naturalnego mikrochimeryzmu związane jest z mniejszym ryzykiem choroby Alzheimera.

Jeśli chodzi natomiast o długość życia a mikrochimeryzm to pod tym kątem przebadano blisko 300 Dunek i odkryto, że obecność mikrochrometycznych komórek zmniejszała śmiertelność kobiet z jakiegokolwiek powodu o 60 %, głównie ze względu na znacznie zmniejszone ryzyko śmierci w wyniku nowotworu – 85 % kobie, które posiadało mikrochrometyczne komórki swojego potomstwa osiągało wiek 80 lat w porównaniu z 67 %, które tych komórek nie miało. Chociaż naukowcy nie wiedzą dokładnie jak wyjaśnić ten fenomen domniemują, że w dużej mierze może to być spowodowane lepszym stanem układu odpornościowego oraz zwiększoną zdolnością naprawy uszkodzonych tkanek.

A co z teoriami, że te komórki mogą przyczyniać się do rozwoju choroby, jak sugerują niektórzy? Kirby Johnson, profesor pediatrii na Tufts University w Bostonie twierdzi, że gdyby tak było wówczas komórki mikrochrometyczne powinny być znajdowane w większych ilościach w chorych tkankach. Ale tak nie jest. Obce DNA jest znajdowane wszędzie, niezależnie od tego, czy badamy kobietę z chorobą autoimmunologiczną czy zdrową. „Ta obserwacja wszechobecności – obecności wszędzie – nie idzie w parze z hipotezą, że te komórki wywołują chorobę” mówi prof. Johnson. Wręcz przeciwnie. W 2001 roku podczas badania nad rolą komórek mikrochrometycznych w chorobie tarczycy analizy próbek pobranych od kobiet, którym usunięto tarczycę, wykazały „doskonale nienaruszone pęcherzyki tarczycowe z męskich komórek. Nie były to dysfunkcyjne komórki, jak można się było spodziewać”, ale uderzająco zdrowe. Po tym odkryciu Johnson stwierdził, że nie tylko komórki dziecka nie wywołują choroby, ale że one wychodzą na ratunek i towarzyszą w naprawie. Niedługo później Johnson napotkał w swej praktyce kobietę z ostrym przypadkiem żółtaczki typu C. Biopsja potwierdziła w wątrobie obecność komórek męskich, które zdawały się funkcjonować jak w pełni zdrowe komórki. Kobieta odmówiła dalszego leczenia, ale zgodziła się na testy, które potwierdziły, że komórki pochodzą od jej syna. Gdy po jakimś czasie zgłosiła się na badanie krwi Johnson i jego ekipa ze zdumieniem odkryli, że była zdrowa. „Nie możemy z całkowitą pewnością stwierdzić, że komórki płodowe wyleczyły jej żółtaczkę – powiedział Johnson. – Ale możemy powiedzieć, że istnieje korelacja pomiędzy obecnością komórek płodowych a progresem w chorobie”. 

4. Zmniejszone ryzyko wystąpienia stwardnienia rozsianego

Zgodnie z badaniem przeprowadzonym w Australii posiadanie dziecka zmniejsza ryzyko zachorowania na stwardnienie rozsiane o połowę. Każda z kolejnych ciąż jeszcze bardziej ogranicza to ryzyko, a kobieta posiadająca piątkę dzieci jest aż o 94 % mniej narażona na zachorowanie. Dlaczego? Podczas ciąży układ immunologiczny kobiety nie chce atakować dziecka i zgodnie z opinią specjalistów to właśnie ta zmniejszona aktywność układu immunologicznego redukuje stan zapalny powodujący zniszczenia nerwów. Po porodzie natomiast, dzięki temu, że pewna ilość komórek dziecka została w ciele matki, ryzyko zaostrzenia jest wciąż zmniejszone.

Zgodnie z kompleksowym, międzynarodowym badaniem przeprowadzonym przez Monash University w Melbourne badacze zauważyli, że ciąża może opóźnić wystąpienie stwardnienia rozsianego o ponad trzy lata. Badanie było prowadzone przez dr Vilija Jokubaitis i opublikowane w Journal of The American Medicine Association Neurology(JAMA Neurology). Dr Jokubaitis przyjrzała się przypadkom 3600 kobiet leczących się w czterech klinikach w dwóch krajach (Czechy i Australia). Okazało się, że u kobiet, które były w ciąży, pierwsze symptomy MS zdiagnozowano średnio 3.3 lat później w porównaniu z tymi, które nigdy nie były w ciąży.

5. Mniejsze ryzyko udaru

Zgodnie z badaniem opublikowanym w Journal of the American Heart Association karmienie piersią zmniejsza ryzyko wystąpienia udaru u kobiet w wieku postmenopauzalnym, które karmiły chociaż jedno dziecko. Wiele badań zdaje się donosić o korzystnym wpływie karmienia piersią na choroby serca oraz inne czynniki ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Badanie przeprowadzono na danych uzyskanych od 80 191 kobiet. Każda z nich urodziła jedno lub więcej dzieci, a 58 % karmiło piersią. Wśród tych kobiet 51 % karmiło przez okres 1-6 miesięcy, 22 % przez okres 7-12 miesięcy, a 27 % przez 13 miesięcy lub więcej. W czasie rekrutacji do badania (rekrutacja trwała od 1993 roku do 1998 roku) średni wiek wyniósł 63.7 lat, natomiast okres obserwacji trwał 12.6 lat. Naukowcy wywnioskowali, że ryzyko udaru u kobiet, które karmiły piersią było zmniejszone o 23 %. Natomiast było ono o 19 % mniejsze u kobiet, które karmiły do 6 miesięcy, dłuższy okres karmienia był związany z większą redukcją ryzyka.

6. Lepszy seks

W przypadku większości kobiet doznania seksualne są intensywniejsze przynajmniej przez jakiś czas trwania ciąży. Ponieważ okres ten związany jest ze wzrostem przepływu krwi do obszaru miednicy rezultatem jest większa wrażliwość na doznania seksualne i większe prawdopodobieństwo orgazmu, również wielokrotnego. Ponadto wzrost poziomu hormonów w ciąży, również androgenów, zwiększają nasze libido w tym okresie.

Oczywiście inną korzyścią, którą może przynieść ciąża jest większa dbałość o siebie i zdrowsze nawyki. Często kobiety w ciąży mają większą determinację, by pozbyć się niszczących nałogów, takich jak palenie papierosów, czy też wyeliminowanie ze swojej diety niezdrowych produktów. Wydaje się więc, że istnieje ta część, na którą mamy wpływ (nasze wybory) i ta mniej od nas zależna (zmiany zachodzące w naszym organizmie). Jednak nawet pozornie niezależna od nas sfera zmian biologicznych z pewnością przebiegnie sprawniej i korzystniej jeśli z większą świadomością podejdziemy do tego procesu. Mając wiedzę o tym, co się dzieje w naszym ciele i jaki potencjalnie leczniczy wpływ może mieć na nas ciąża na pewno łatwiej będzie nam znosić różne małe bolączki tego stanu. Także kluczem jest pogoda ducha i pozytywne nastawienie i przeświadczenie, że ciąża pozostawi nam nie tylko jedne prezent w postaci dziecka.

Bibliografia:

https://www.parents.com/pregnancy/my-body/changing/benefits-of-pregnancy/

https://aeon.co/essays/microchimerism-how-pregnancy-changes-the-mothers-very-dna

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC408407/

Shinrin-yoku – kąpiele leśne, czyli jak kontakt z naturą wspiera nasze zdrowie

Zapewne każdy z nas intuicyjnie wyczuwa jak korzystne dla naszego szeroko pojmowanego zdrowia są kontakty z naturą. Człowiek wyewoluował w środowisku naturalnym i zindustrializowane, wybetonowane i kanciaste przestrzenie miejskie z punktu widzenia ewolucyjnego są dla nas przestrzenią obcą. Jednak współczesny tryb życia nie sprzyja beztroskiemu nic nierobieniu na łonie natury – zwykle na tę pozornie zbyt mało wartościową czynność brakuje nam czasu. Być może właśnie dlatego – by zachęcić współczesnego, zabieganego człowieka, który bardziej aniżeli intuicję zaczął cenić rozum i badania naukowe – w latach 80. XX w. w jednym z najbardziej uprzemysłowionych krajów świata, jakim jest Japonia, powstała posiadająca silne zaplecze udokumentowanych pozytywnych rezultatów praktyka shinrin-yoku, czyli praktyka kąpieli leśnych. Zwraca się w niej uwagę na pełne zanurzenie w leśnej faunie i florze – stąd „kąpiel” w nazwie. Shinrin-yoku uważane jest również za japońską sztukę czerpania mocy z przyrody. Nurt dość szybko zyskał na popularności w różnych zakątkach naszego globu i obecnie ma wielu zwolenników. Jeśli i Ty chcesz się stać jednym nich i dowiedzieć się, na czym polega specyfika leśnych kąpieli zapraszam do lektury.

Shinrin-yoku to termin pochodzenia japońskiego. Słowo shinrin oznacza las, zaś yoku kąpiel. Określenia tego jako pierwszy użył w 1982 r. Tomohide Akiyama, japoński minister rolnictwa, leśnictwa i rybołówstwa. To właśnie wtedy dzieje shinrin-yoku miały swój początek – gdy Japońska Agencja Leśnictwa wprowadziła ten termin dla opisania formy aktywności mającej na celu zapobieganie i leczenie chorób cywilizacyjnych. Jednym z najbardziej aktywnych propagatorów shinrin-yoku jest profesor Nippon Medical School Tokio Qing Li. Swoje badania nad korzystnym wpływem kąpieli leśnych na zdrowie rozpoczął już w latach 80. XX wieku. To głównie dzięki jego aktywnym działaniom i popularyzowaniu tej tematyki idea kąpieli leśnych przeniknęła do kultury zachodu inspirując kolejnych badaczy i praktyków zdrowia. W 2012 r. amerykański przewodnik turystyki przyrodniczej Amos Clifford stworzył autorski program terapii lasem bazując na idei shinrin-yoku oraz własnych doświadczeniach z przyrodą, medytacją i praktykami terapeutycznymi. Owocem tego pomysłu jest szkoląca kolejnych przewodników Association of Nature and Forest Therapy. W Europie natomiast działa European Forest Therapy Institute.

Las dla zdrowia

Liczne badania potwierdzają, że kąpiele leśne poprawiają zarówno fizyczne zdrowie, jak i psychologiczny stan badanych osób12. Sposób, w jaki przejawia się lecznicze oddziaływanie lasu jest złożony, ale w głównej mierze opiera się na działaniu wydzielanych przez ekosystem leśny fitoncydów, żyjących w nim mikroorganizmów oraz indukowaniu ludzkich zmysłów bodźcami odczytywanymi jako kojące i redukujące odczuwane napięcie. To pozytywne działanie lasu odczuwane jest w obrębie następujących reakcji:

  1. Obniżenie stresu fizjologicznego

W trakcie stosowania kąpieli leśnych w sposób znaczny spada poziom hormonów stresu takich jak kortyzol i adrenalina3. Wystarczy zaledwie 15 min. przebywania w lesie – niekoniecznie nawet spaceru – aby poziom kortyzolu spadł w sposób znaczący4. Zmianie ulegają też inne markery stresu, takie jak ciśnienie krwi, puls czy zmiana dominacji układu współczulnego na układ przywspółczulny 5.

2. Wzmacnianie układu odpornościowego

W lasach występują fitoncydy wytwarzane przez grzyby, bakterie, porosty oraz drzewa. Rośliny wytwarzają je m.in. w celu ochrony przed owadami. Okazuje się jednak, że te substancje są niezwykle korzystne dla zdrowia naszego układu odpornościowego i zwie się je niekiedy mianem naturalnych antybiotyków. Ich największe stężenie występuje w lasach iglastych. Badania naukowe wykazały, że zwiększają one aktywność komórek odpornościowych NK (natural killers) oraz powodują wzrost poziomów substancji wydzielanych przez komórki odpornościowe – perforyny, granzymy i granulizyny6. W jednym z badań porównano wpływ wycieczki i pobytu w lesie do takiej samej ilości czasu spędzonego w mieście7. Badani udali się na trzydniową wycieczkę poza miasto. Pierwszego dnia spędzili dwie godziny w lesie, drugiego – 2 godziny przed i dwie godziny po południu. Okazało się, że u 11 z 12 osób poddanych badaniu poziom komórek NK był znacząco wyższy (ok. 50 %) w porównaniu ze stanem sprzed wycieczki. Podwyższony poziom komórek NK utrzymywał się ponad 7 dni. Dla porównania, w grupie która wybrała się na wycieczkę do miasta nie odnotowano wzrostu NK8.

3. Normalizowanie ciśnienia krwi

Kąpiel leśna normalizuje ciśnienie krwi – u osób z nadciśnieniem powoduje jego spadek, u tych ze zbyt niskim ciśnieniem, wzrost9. Ponadto poprawie ulega nie tylko ciśnienie, ale inne wskaźniki wskazujące na patologię układu sercowo-naczyniowego takie jak endotelina 1, homocysteina, renina, angiotensyna również uległy poprawie10.

4. Poprawa stanu psychicznego

Shinrin-yoku mają pozytywny wpływ na nastrój. Efekt poprawy jest szczególnie widoczny w przypadku osób z tendencją do depresji. W jednym z badań11 przyjrzano się antydepresyjnemu działaniu jednodniowej sesji shinrin-yoku. Z grupy badanych, którą podzielono na dwie – tę z tendencjami do depresji i tę bez – wykluczono osoby mocno depresyjne. Spośród 155 uczestników osoby z tendencjami depresyjnymi odnotowały znaczną poprawę na skali badania nastroju. Była ona znacznie większa niż u osób bez tych tendencji, w rezultacie czego osoby z tendencjami depresyjnymi przestały różnić się pod względem skali nastroju od osób bez tych tendencji. Zgodnie z innym badaniem12, które stanowi przegląd 20 artykułów naukowych analizujących korzystny wpływ shinrlin-yoku na zdrowie psychiczne kąpiele leśne są skuteczne w poprawie zdrowia psychicznego, zwłaszcza w redukowaniu niepokoju.

Natura leczy. Już w XVI wieku Paracelsus napisał, że „sztuka uzdrowienia pochodzi z natury, nie od lekarza”. A kąpiele leśne stanowią pomost – otwierając nasze zmysły łączą nas na powrót z naturą. Ale shinrin-yoku nie jest zwykłym spacerem po lesie. Jest to praktyka uważności i wymaga od nas przede wszystkim porzucenia powiązań z cywilizowanym światem – czyli do lasu idziemy bez smartfona, bez książki i najlepiej w samotności. Kluczem, do przywrócenia kontaktu z naturą jest otwarcie się na nią wszystkimi pięcioma zmysłami. Także ważne jest chłonięcie zapachów, dźwięków, obrazów, smaków i powierzchni przyrody. Możemy w związku z tym zdjąć buty i bosą stopą spacerować po miękkim mchu, zapatrzyć się na strukturę liścia klonu, wsłuchać w dźwięczny śpiew ptaków lug głęboką ciszę lasu czy też posmakować go przyrządzając w odpowiednio dobranym miejscu, na prawdziwym ogniu leśną herbatę zaparzoną z jej darów. Możemy też objąć drzewo i chłonąć jego kojącą energią oddychając pełnymi piersiami kojącym powietrzem lasu.

  1. https://environhealthprevmed.biomedcentral.com/articles/10.1186/s12199-019-0822-8
  2. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/28788101/
  3. https://www.mdpi.com/1660-4601/12/3/2532
  4. https://www.jstage.jst.go.jp/article/jpa2/26/2/26_2_135/_article
  5. https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0033350610003203?via%3Dihub
  6. https://www.tandfonline.com/doi/full/10.1080/08923970600809439
  7. https://journals.sagepub.com/doi/10.1177/039463200802100113
  8. https://journals.sagepub.com/doi/10.1177/039463200802100113
  9. https://www.mdpi.com/1660-4601/12/4/4247
  10. https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0914508712001852
  11. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC6589172/
  12. https://link.springer.com/article/10.1007/s11469-020-00363-4

Jak ćwiczyć uwzględniając kobiecy cykl hormonalny?

Mężczyźni żyją zgodnie z dobowym rytmem. Każdy ich dzień może wyglądać podobnie. Nad zdrowiem kobiety tymczasem czuwa miesięczny cykl hormonalny (jeśli jest ona w okresie rozrodczym) i to jego prawidłowy przebieg gwarantuje im optymalne zdrowie i samopoczucie. Współczesny świat nie za bardzo bierze to pod uwagę. Pośpiech, pęd za osiągnięciami, praca w korporacji czy też promowany styl życia raczej nie uwzględniają specyficznych wymogów kobiecej biologii. I może właśnie dlatego tak wiele kobiet cierpi nie tylko na zaburzenia płodności, PCOS czy też PMS, ale inne dolegliwości pozornie niezwiązane z hormonami, na których wystąpienie to właśnie zaburzenia hormonalne mają ogromny wpływ. Dlatego kobiecy kalendarz powinien uwzględniać cykliczne zmiany w jej fizjologii i dostosowywać aktywności do odpowiednich faz cyklu. I tak jest również z aktywnością sportową, która przynosi ogrom korzyści i którą na pewno warto uczynić elementem życia, ale która stosowana nieodpowiednio może doprowadzić do zaburzeń hormonalnych, a niekiedy nawet do zaniku menstruacji.

Ćwiczenia fizyczne

Ogólne zasady co do ćwiczeń i zalecenia, by przestrzegać ich niezmiennie niezależnie od dnia cyklu nie sprawdzają się w przypadku większości kobiet. Kobiety powinny przeanalizować wszelkie strategi zdrowotne, nawyki oraz swoje plany pod kątem swojej wrażliwej i cyklicznej fizjologii. Bardzo często kobiety stosują protokoły przeznaczone dla mężczyzn, które mogą działać na niekorzyść ich hormonów i zamiast poprawiać, podkopują ich zdrowie. Jeśli kobieta zsynchronizuje ćwiczenia fizyczne z różnymi fazami swojego cyklu może spodziewać się lepszych efektów w gubieniu tłuszczu i budowaniu zdrowej tkanki mięśniowej oraz lepszego samopoczucia. Ważne jest też nauczenie się wsłuchiwania w te subtelne sygnały i ponad odgórne zalecenia podążać za własnymi możliwościami i własnym ciałem. W poniższym tekście, bazując na dostępnych badaniach i opiniach specjalistów spróbuję podać ci pewne informacje, które dadzą ci wskazówki jak budować plan treningowy w zależności od faz cyklu.

Sport to zdrowie, ale nie w nadmiarze

Sport jest bardzo ważny dla naszego zdrowia. Nasze ciało nie zostało stworzone do siedzącego trybu życia dlatego ważne jest, by zapewniać mu niezbędną dawkę ruchu. Jednak warto robić to z rozsądkiem ponieważ nadmierne ćwiczenia, zbyt intensywne, zbyt niska waga czy też zbyt duża utrata tłuszczu mogą zaskutkować chaosem w poziomie hormonów. Dla prawidłowego funkcjonowania układu hormonalnego kobieta potrzebuje tkanki tłuszczowej. Zakłada się, że jej minimalny poziom to 12 % jeśli kobieta chce zachować płodność i prawidłowe funkcje hormonalne (w przypadku mężczyzn poziom ten może spaść nawet do 3 %). Jednak poziom ten może być znacznie wyższy i wciąż świadczyć o zdrowiu. Zakłada się, że optymalny poziom tkanki tłuszczowej dla kobiet to ok. 20-25 %.

Metabolizm w trakcie cyklu

Problem z badaniami na temat korzystnego wpływu ćwiczeń na zdrowie, czy też diety, polega na tym, że najczęściej są to badania na mężczyznach bądź na kobietach w wieku menopauzalnym bowiem badacze zdając sobie sprawę z bałaganu, jaki mogłoby wprowadzić badanie kobiet miesiączkujących, czyli podlegających wpływom hormonów, po prostu z większości je wykluczali. I chociaż wyniki tych, które przeprowadzono, nie do końca są zbieżne1 to jednak duża ich część potwierdza, że metabolizm kobiet nie jest stały w trakcie miesięcznego cyklu. Zgodnie z jednym 2 metabolizm kobiet zmienia się w zależności od cyklu. W pierwszej jego fazie – fazie folikularnej – podstawowa przemiana materii (BMR, basal metabolic rate) jest wolniejsza, zaczyna spadać już podczas miesiączki i najniższa jest na tydzień przed owulacją. Następnie zaczyna rosnąć i utrzymuje się na wyższym poziomie aż do początku kolejnej miesiączki.

Trening w zależności od faz cyklu

Ponieważ poziom hormonów, a tym samym energii, zmienia się w zależności od cyklu menstruacyjnego warto zdawać sobie sprawę, co będzie nam łatwiej robić i jaki rodzaj ruchu jest dla nas zdrowszy w zależności od jego fazy.

  1. Miesiączka

Miesiączka jest pierwszym dniem cyklu. W tej fazie FSH stymuluje jajniki. Inne hormony, takie jak progesteron, estrogen i LH pozostają na niskim poziomie. W tym czasie poziom energii może utrzymywać się na raczej niższym poziomie takż eject to dobry moment na relaks. Dla kobiet, u których miesiączka jest obfita to może new być dobry czas na ćwiczenia. Pozostałe, które nie odczuwają nieprzyjemnych dolegliwości mogą zdecydować się na jakiś delikatny trening.

2. Faza folikularna

Wraz z wzrostem poziomu hormonów wzrasta poziom naszej energii. Dlatego możemy pozwolić sobie na intensywniejszy trening. Większa jest wówczas nasza wytrzymałość, łatwiej też niż w fazie lutealnej jest budować tkankę mięśniową3. Dlatego możesz zdecydować się na trening siłowy. Intensywny trening w tym momencie cyklu jest korzystny dla naszej biologii.

3. Owulacja

Owulacja występuje najczęściej ok. 14 dnia cyklu. Poziomy estrogenu, FSH I LH są wówczas na szczycie. Dzięki temu możemy odczuwać wysoki poziom energii tym bardziej, że I testosteron mamy wówczas wysoki. Jest to idealny moment na intensywny wysiłek, trening typu HIIT czy też inny intensywny rodzaj ruchu. W trakcie owulacji temperatura naszego ciała naturalnie wzrasta także zupełnie normalne jest, że możemy wówczas szybciej się rozgrzać i bardziej pocić. Jednak w okresie około owulacyjnym kobiety zdają się być bardziej narażone na urazy, takie jak naderwanie czy nawet zerwanie więzadeł. Zgodnie z wieloma badaniami to właśnie w okresie owulacji wśród kobiet ten typu urazy występują częściej niż w fazie lutealnej czy też folikularnej4. Dlatego też warto pamiętać, by w te dni położyć nacisk na rozgrzewkę, ale też nie zwiększać ryzyka kontuzji zbyt obciążającym treningiem.

4. Faza lutealna

W fazie lutealnej poziom estrogenu spada po owulacji, po czym stopniowa zaczyna powoli wzrastać ponownie. Te wahania hormonalne mogą sprawiać, że niektóre kobiety będą czuły się bardziej zmęczone albo będą miały ochotę by więcej jeść. Jeśli nie doświadczasz tych symptomów to ponieważ hormony są na dość wysokim poziomie twoja wytrzymałość pozwala ci na regularny trening. Początek fazy licealnej zatem może być okresem dość intensywnych treningów. Na tydzień przed miesiączką warto zwolnić, zwłaszcza jeśli odczuwasz objawy PMS. Zdecyduj się w tym czasie na łagodniejsze ćwiczenia takie jak taniec, joga, spacery, pilates czy też chińska gimnastyka tai chi.

Triada sportsmenek, czyli co jeśli przesadzisz z treningiem

Triada sportsmenek to trzy objawy dysharmonii organizmu pojawiające się u kobiet intensywnie uprawiających sport. Obejmuje ona zaburzenia odżywiania, zaburzenia miesiączkowania I niską gęstość kości (osteoporoza lub osteopenia). Ważne jest, żeby każda kobueta zwróciła uwagę, czy któryś z tych objawów się nie pojawia u niej w odpowiedzi na zbyt intensywne treningi tym bardziej, że deficyt energetyczny wywołany zbyt intensywnymi ćwiczeniami może prowadzić również do innych problemów zdrowotnych. Model sylwetki, który jest preferowany w ówczesnym, cywilizowanym zachodnim świecie może sprzyjać nadmiernemu odchudzaniu i zbyt intensywnym ćwiczeniom. W przypadku delikatnej, kobiecej biologii bardzo łatwo jest zaburzyć równowagę poprzez nadmierny wysiłek. A gdy tak się stanie organizm „wyłącza” funkcje rozrodcze uznając posiadanie potomstwa w warunkach zbyt dużego stresu za nieodpowiednie. Ale niestety, „wyłączenie” płodności oznacza dla kobiet o wiele więcej aniżeli tylko brak możliwości zajścia w ciążę. Dlatego zwracajmy uwagę, czy nasz trening jest odpowiedni dla naszej wagi, naszego wieku i fazy cyklu, w której się akurat znajdujemy.

Bibliografia:

Christine Northrup, Ciało kobiety, mądrość kobiety. Jak odzyskać i zachować fizyczne i emocjonalne zdrowie, Warszawa 2019.

Alisa Vitti, Kod kobiety, Wrocław 2014.

  1. https://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0236025
  2. https://experts.umn.edu/en/publications/menstrual-cycle-and-basal-metabolic-rate-in-women
  3. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4236309/
  4. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4805849/

Jak korzystać ze światła, a w szczególności z czerwonego i podczerwonego promieniowania?

Światło jest niezbędne dla życia. Oddziałuje na wszystkie formy życia na podstawowym poziomie, jakim jest komórka. Istnieje nawet oddzielna dziedzina nauki zajmująca się wpływem światła na organizmy żywe – fotobiologia, a jedna z jej gałęzi bada zastosowanie światła w medycynie. W swej niepojętej mądrości natura dała nam zupełnie darmowy lek pomagający nam wspierać i odzyskiwać nasze zdrowie. Bo właśnie tym jest światło – uzdrawiającą energią niezbędną do życia i prawidłowego przebiegu procesów biologicznych. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy nauczyli się odpowiednio korzystać z tego zasobu. Rdzenne plemiona żyją w symbiozie z naturą i czerpią z jej arsenałów z pełną świadomością, jak to robić. Współczesny człowiek cywilizowanego świata najczęściej oddalił się od natury i jej zasobów i musi sobie przypomnieć, jak korzystać z tych cennych darów. Światło jest jednym z nich. Może stać się potężnym lekiem, może też – zwłaszcza jeśli jest to sztuczne oświetlenie – nam szkodzić. Warto zatem mieć świadomość, jak korzystać ze światła i jak uczynić z niego naszego sprzymierzeńca.

Jak w odległych czasach leczono światłem?

Istnieją liczne zapisy potwierdzające, że niemalże każda starożytna cywilizacja uznawała leczniczą moc światła i korzystała z niej. Babilończycy i Egipcjanie praktykowali słoneczne kąpiele lecznicze, zaś Heliopolis („miasto słońca”) znane było z uzdrawiających świątyń i specjalnych terapeutycznych pomieszczeń pełnych światła. Wykorzystywanie uzdrawiających właściwości Słońca znane było jako helioterapia. Stosowali ją tacy lekarze jak Hipokratesa, Rufus z Efezu czy Awicenna w leczeniu wszelkiego rodzaju chorób. Bóstwa solarne były obecne w mitologiach niemalże wszystkich starożytnych cywilizacji takich jak Egipt, Grecja, Rzym czy też cywilizacja Majów. Istnieją również hinduskie świątynie i festiwale dedykowane Bogowi Słońca.

Światło, medycyna i czasy współczesne

W 1903 roku Niels Ryberg Finsen, duński lekarz pochodzenia islandzkiego, otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny za skuteczne wykorzystanie światła słonecznego i ultrafioletowego w leczeniu gruźlicy i innych chorób skóry. Wskazywał również w jaki sposób światłem można leczyć krzywicę (wywoływaną niedoborem witaminy D). Dziś Finsen jest uznawany za ojca nowoczesnej fototerapii. Na początku XX wieku terapia światłem była popularyzowana i wykorzystywana przez takich badaczy i lekarzy jak dr John Harvey Kellogg, Margaret A. Cleaves, Leopold Freund czy Auguste Rollier. W następnych dziesięcioleciach zainteresowanie leczniczymi właściwościami światła ustąpiło miejsca farmaceutykom, aż do wynalezienia lasera w latach 60. XX wieku. Rozkwit terapii światłem i badań na ten temat rozkwitł na zachodzie około 2000 r. i wciąż przybiera na sile.

Dlaczego światło leczy?

Ogólne zdrowie naszego organizmu uzależnione jest od naszych zasobów energii. A to dlatego, że każdy ważny dla życia proces zachodzący w naszym organizmie – procesy naprawy, regeneracji, detoksu czy też immunologiczne – dla prawidłowego przebiegu potrzebuje energii. Dlatego tak łatwo zachować zdrowie w młodym wieku – gdy większe zasoby energetyczne umożliwiają naszemu organizmowi optymalną regenerację. Poziom energii w naszym ciele uzależniony jest od poziomu energii w każdej komórce. Także jeśli nasze komórki są pełne energii i zdrowe, dokładnie takie samo jest nasze ciało. A skąd nasze komórki czerpią energię? Pozyskują ją ze składników odżywczych dostarczanych wraz z pożywieniem oraz ze światła. To właśnie fotony światła stanowią ważne paliwo dla naszego organizmu. Ponadto, światło czuwa nad prawidłowym przebiegiem procesów fizjologicznych poprzez synchronizację z rytmem dobowym. Mechanizm terapeutycznego działania światła obejmuje oddziaływanie na szereg procesów. Jednak podkreśla się, że poprzez oddziaływanie na bazowy poziom jakim jest energia i komórka terapia światłem może trwale usuwać wiele chorób ponieważ sięga ich przyczyn.

Światło to różnorodność

W medycynie terapeutycznie wykorzystuje się nie tylko światło widzialne (czyli promieniowanie elektromagnetyczne o zakresie 380-780 nm), ale również promieniowanie ultrafioletowe oraz podczerwone. Każde z nich ma nieco inne zastosowanie lecznicze. W dzisiejszym artykule skupię się na wykorzystaniu światła czerwonego o długości fali 630 i 650 nm oraz podczerwonego (780 nm), które bardzo często są łączone. Wiele badań potwierdziło, że ciało odpowiada pozytywnie na fale w zakresie 600-900 nm. Ten rodzaj czerwonego i podczerwonego światła może z większą łatwością niż inne długości penetrować ludzie ciało. Terapia światłem czerwonym wykorzystuje te długości fal, które okazują się najbardziej korzystne dla naszego organizmu, z pominięciem tych długości promieniowania słonecznego UV, które w nadmiarze mogą szkodzić.

Fotobiomodulacja

Terapia światłem czerwonym jest elementem fotobiomodulacji, czyli terapii światłem wykorzystującej niejonizujące promieniowanie. Terapia ta wykorzystuje procesy nietermalne podczas których tkanka nie ulega podgrzaniu. Procesy te pobudzają mechanizmy immunomodulacji, redukują stany zapalne, zmniejszają ból i przyspieszają procesy gojenia. Fotobiomodulacja opiera się na ekspozycji ciała lub pewnych jego części na terapeutyczne dawki światła. Wywołuje to kaskadę reakcji komórkowych moderowanych poprzez mechanizmy mitochondrialne. Rezultatem ekspozycji na światło czerwone jest zwiększone wydzielanie ATP, stymulacja produkcji tlenku azotu oraz włączenie procesów prowadzących do zmniejszenia stresu oksydacyjnego.

Terapia czerwonym światłem zapewne nie jest lekarstwem na wszystkie schorzenia, ale dzięki optymalizacji funkcji komórkowych, wspieraniu odporności i stymulowaniu procesu gojenia można przyjąć, że odpowiada na przyczyny chorób, wspiera zdrowie całego organizmu i przyspiesza procesy regeneracji, a dzięki temu przyczynia się do harmonii i odzyskania optymalnego stanu całego organizmu.

Światło czerwone odżywia mitochondria

Każda komórka mieści w sobie centrum energetyczne, którym jest mitochondrium. To tam produkowana jest energia stanowiąca zasoby dla komórek i całego naszego ciała. Kiedy mitochondria wewnątrz komórki mają wszystko co niezbędne do produkcji energii wówczas komórka jest zdrowa. Głównym celem fotobiomodulacji jest stymulowanie oksydazy cytochromowej stanowiącej kompleks błony wewnętrznej mitochondrium. Pełni on ważną rolę w łańcuchu oddechowym odbierając elektrony i przenosząc je na cząsteczkę tlenu. Fotony, czy też energia ze światła, absorbowane są przez oksydazę cytochromową. Ta absorpcja prowadzi do stymulacji oksydazy i ATP. ATP ułatwia transport energii z mitochondrium do różnych miejsc w komórce. Wraz z absorpcją fotonów więcej energii jest produkowanej i dystrybuowanej w obrębie komórki. Więcej procesów komórkowych zostaje zasilanych i komórka może lepiej funkcjonować.

Więcej tlenku azotu

Poza zwiększoną produkcją ATP zwiększona produkcja fotonów prowadzi do zwiększonej produkcji tlenku azotu. Tlenek azotu jest związkiem o dużej aktywności biologicznej i spełnia wiele ważnych funkcji fizjologicznych. Do jego najważniejszych ról należy regulowanie napięcia naczyń krwionośnych (a co za tym idzie ciśnienia krwi), pełni rolę neuromodulatora (wpływa na pamięć), działa jako neurotransmitter, wpływa na motorykę jelit, oddziałuje na funkcje endokrynne, ma wpływ na działanie układu immunologicznego.

A na co dokładnie pomaga terapia światłem czerwonym i podczerwonym?

Ponieważ te długości fali elektromagnetycznej działają wspomagając produkcję energii w każdej właściwie komórce w naszym organizmie, wspomagają procesy komórkowe i zdrowie komórkowe potencjalnie każdego rodzaju komórki w naszym organizmie, co prowadzi do ogólnego zdrowia i prawidłowego funkcjonowania całych tkanek i narządów. Ale ponieważ na temat fotobiomodulacji zrobiono tysiące badań to odwołując się do nich możemy podać główne obszary zastosowania tej metody.

  1. Zmniejsza ból i stan zapalny

Zgodnie z jednym z badań1 terapia światłem czerwonym u szczurów złagodziła bolesność i poprawiła funkcje sensomotoryczne po urazie kręgosłupa. Inne badanie2 przeprowadzone wśród 80 pacjentów poddanych wcześniej chemioterapii wykazało zmniejszenie odczuwanego przez nich bólu. Zgodnie z publikacją3 okazuje się, że światło czerwone może również pomagać w przypadku urazów kręgosłupa.

2. Poprawia wydolność fizyczną i przyspiesza regenerację potreningową

Zgodnie z badaniem4 przeprowadzonym wśród chińskich koszykarek okazało się, że 14-dniowa terapia czerwonym światłem 30 minut dziennie wpłynęła korzystnie na sen i jakość wystąpień sportowych zawodniczek.

3. Sprzyja szybszemu gojeniu się ran

Dr Harry Whelan z Medical College of Wisconsin zajmuje się badaniem światła czerwonego na komórki oraz ludzi od wielu już lat. Jego praca laboratoryjna dowodzi, że komórki skóry i mięśni sztucznie hodowane wystawione na działanie światła LED i podczerwonego rosną 150-200 % szybciej niż komórki kontrolne nie stymulowane przez światło5. W 2000 r. po wieloletnich badaniach dr Whelan stwierdził: „Światło podczerwone emitowane przez LED-y zdaje się być idealne to podwyższania poziomu energii w komórkach. […] LED’y zwiększają ilość energii w komórkach i przyspieszają gojenie”6. W 2014 r. grupa badaczy z trzech uniwersytetów w Brazylii przeprowadziła przegląd badań na temat roli światła w leczeniu ran. Po przejrzeniu 68 badań, z który większość przeprowadzono na zwierzętach i korzystano z długości fali od 632 do 830 nm badanie podawało konkluzję: „fototerapia, czy to przy użyciu LED-ów, czy lasera jest skuteczną metodą terapeutyczną sprzyjającą leczeniu ran”7.

4. Przyspiesza porost włosów

Amerykańscy i Węgierscy lekarze przeprowadzili w 2014 r. przegląd badań dotyczących wpływu czerwonego i podczerwonego światła na leczenie łysienia. Wynika z niego, że zgodnie z wieloma kontrolowanymi badaniami klinicznymi terapie światłem czerwonym i podczerwonym stymulują porost włosów zarówno u myszy jak i mężczyzn i kobiet. W jednym z badań przeprowadzonym na kobietach z łysieniem androgenowym okazało się, że kobiety stosujące LLLT o długości 650 nm przez 17 tygodni co drugi dzień zaobserwowały 51 % wzrost w ilości w włosów w porównaniu z grupą kontrolną8.

5. Działa korzystnie na układ nerowowy

Badacze z Uniwersytetu w Teksasie w 2013 r. przeprowadzili eksperyment, w którym aplikowali laserowe światło podczerwone na czoła badanych i mierzyli skutki, jakie będzie to miało na parametry kognitywne, takie jak uwaga, pamięć czy nastrój9. Grupa poddana eksperymentowi donosiła o poprawie w czasie reakcji, pamięci i stanie emocjonalnym jeszcze przez dwa tygodnie po zakończeniu badania. Inne badanie porównało wpływ fotobiomodulacji na mózg, zarówno indywidualnie, jak i w połączeniu z ćwiczeniami aerobowymi. W porównaniu z grupą kontrolną, która nie otrzymała ani stymulacji światłem, ani nie ćwiczyła, amerykańscy badacze podsumowali, że fototerapia stymuluje mózg podobnie jak ćwiczenia fizyczne. Okazuje się, że terapia światłem czerwonym może przynieść pozytywne efekty również w leczeniu traumatycznego urazu mózgu (TBI). W jednym z badań10 w którym zbadano wpływ terapii LED o długości 633 i 870 nm poprawiła ona pamięć i umiejętność skupienia uwagi jak również zmniejszenie PTSD.

6. Podwyższa testosteron

W 2013 r. grupa koreańskich badaczy przebadała wpływ ekspozycji jąder na światło o długości fali 670 i 808 nm. Testowane szczury podzielono na trzy grupy – grupę eksponowaną na światło czerwone, podczerwone i grupę kontrolną. Po pięciu dniach badania grupa szczurów eksponowana na świat†lo (zarówno czerwone jak i podczerwone) miała znacznie podwyższony poziom testosteronu, podczas gdy w grupie kontrolnej nie zaobserwowano żadnego wzrostu11.

7. Poprawia jakość skóry

Terapia światłem czerwonym i podczerwonym od dość dawna znana jest kontekście beauty ze względu na dowiedzione działanie w tym obszarze. W jednym z badań12 przeprowadzonym na 31 osobach z zastosowaniem światła o długości 633 i 830 nm po 12 tygodniach zaobserwowano poprawę w foto starzeniu oraz zmniejszenie zmarszczek wokół oczu. W innym badaniu, w którym porównano wpływ światła o różnej długości (660, 411 i 777 nm) na skórę zauważono, że LLLT poprawiła wygląd skóry w okolicy oczu, jednak najlepsze efekty osiągnięto dla terapii światłem o długości 660 nm. W innym badaniu13 zbadano wpływ terapii światłem czerwonym i podczerwonym na leczenie trądziku. Okazało się, że terapią światłem o długości 630 nm po 10 tygodniach znaczenie zmniejszyła zmiany trądzikowe, podczas gdy zmiany nie były tak widoczne w grupie leczonej światłem podczerwonym.

Dlaczego warto hakować światło?

Hakowanie światła polega na takim zarządzaniu różnymi jego rodzajami, by miało ono jak największe korzyści dla naszego zdrowia i by ograniczyć potencjalne niekorzystne wpływy. Życie na ziemi uzależnione jest od światła. Ludzie potrzebują go nie tylko po to, by być w stanie działać, ale dlatego, że jest ono pokarmem dla naszych komórek i oddziałuje na nasz podstawowy, komórkowy poziom wpływając tym samym na poziom energii, nastrój czy też umiejętności kognitywne. Zależność pomiędzy światłem a organizmami żywymi znana była od dawna, jednak stosunkowo niedawno jej badanie stało się przedmiotem takich dziedzin jak fotobiologia. Wiele kluczowych dla organizmów żywych procesów przebiega przy udziale energii pochodzącej ze światła słonecznego. Przykładem może być choćby proces fotosyntezy przebiegający u roślin, którego rezultatem jest produkcja związków organicznych. U ludzi najprostszym przykładem jest produkcja witaminy D dzięki fotonom światła, które przekazują energie do odpowiednich komórek skóry.

Bibliografia:

https://www.researchgate.net/publication/326367879_ANCIENT_LIGHT_THERAPIES_A_BOON_TO_MEDICAL_SCIENCE

  1. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/27561854/
  2. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/21725826/
  3. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/27561854/
  4. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/24942380/) terapia światłem zastosowana przed treningiem sprzyja lepszej kondycji, chroni przed późniejszym zmęczeniem mięśni oraz poprawia biochemiczne markery świadczące o zniszczeniach w obszarze mięśniowo-szkieletowym. Zgodnie z innym badaniem[5.https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/23182016/
  5. Sloan, Mark, Near-Infrared and Red Light Therapy Miracle Medicine
  6. Ibidem
  7. Ibidem
  8. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/28328705/
  9. Sloan, Mark, Near-Infrared and Red Light Therapy Miracle Medicine
  10. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/21182447/
  11. Sloan, Mark, Near-Infrared and Red Light Therapy Miracle Medicine
  12. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/16414908/
  13. https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/22615511/

Junk light, czyli śmieciowe oświetlenie i jak nam szkodzi?

Od dawna głośno jest o junk food, czyli śmieciowym jedzeniu, i jego niekorzystnym wpływie na zdrowie. Mówi się też o negatywnych konsekwencjach siedzącego trybu życia, przewlekłego stresu, palenia papierosów czy też spożywania alkoholu. Ale zdaje się, że mało kto wspomina jak ważne jest odpowiednie światło w naszych domach – zarówno jego jakość, jak i ilość. Sprawa wydaje się oczywista – odkąd wynaleziono sztuczne oświetlenie wierzymy, że jedynie ułatwia nam ono życie, a kolejne firmy prześcigające się w wymyślaniu coraz to nowszych, bardziej oszczędnych technologii oświetleniowych robią to z myślą o nas i środowisku i nawet się nie zastanawiamy, czy przypadkiem wszystko to nie dzieje się z uszczerbkiem dla naszego zdrowia. Nasi przodkowie nie mieli podobnego problemu – układali swoje życie zgodnie z naturalnymi sygnałami świetlnymi dochodzącymi z otoczenia, tak jak wszystkie inne istoty żywe. Wstawali o świcie, pracowali w ciągu dnia, po zmroku odpoczywali w kojącym świetle ognia, zaś podczas spania otulała ich zupełna ciemność. I do takiego rytmu i do takich informacji dostosowana jest nasza biologia. Sygnały świetlne dochodzące z zewnątrz mówią naszemu ciału nie tylko, kiedy ma być w szczytowej formie, a kiedy zacząć odczuwać senność, ale nadzorują ogrom bardzo skomplikowanych procesów fizjologicznych czuwając nad optymalnym zdrowiem. Dlatego sztuczne oświetlenie, które dało nam możliwość naginania tych naturalnych rytmów, przyniosło również ryzyko wysyłania nietypowych sygnałów świetlnych, a to z kolei odbiło się na naszej fizjologii i reakcjach naszego organizmu. Współczesny człowiek nie dość, że większość czasu przebywa w pomieszczeniach ze sztucznym oświetleniem i nie wystawia swojego organizmu na naturalne sygnały, to dodatkowo jest narażony na nietypowe sygnały świetlne (takie jak niebieskie światło tuż przed snem). Wszystko to doprowadza nasze organizmy do stanu dysharmonii objawiającej się nie tylko bezsennością, ale również nadpobudliwością, podwyższonym ciśnieniem krwi czy też obniżonym nastrojem oraz innymi, chronicznymi schorzeniami, których bezpośrednio cale nie kojarzymy z zaburzeniami rytmu dobowego.

Jak mądrze wybierać oświetlenie?

Oczywiście trudno w cywilizowanym, współczesnym świecie traktować Słońce jako jedyne źródło światła, zaś na wieczory zaopatrzyć się w świeczki. Warto jednak zastanowić się, jak stworzyć bezpieczne i przyjazne dla naszego zdrowia oświetlenie w naszych domach tak, byśmy przebywając w nich mieli pewność, że nie zakłócamy naszego zdrowia i nie wystawiamy się na działanie niepotrzebnych czynników stresowych.

Różne rodzaje oświetlenia mają różne zalety, ale też mniejsze lub większe wady. Twórca Biohackingu Dave Asprey na określenie oświetlenia najbardziej niekorzystnego dla zdrowia ukuł termin junk light, czyli oświetlenie śmieciowe. Odnosi się ono do pewnych długości fal widzialnych, które emitują sztuczne źródła światła (takie jak większość oświetlenia LED czy też światło fluorescencyjne). Tym źródłom światła brakuje zakresów światła słonecznego, których potrzebuje nasze ciało podczas gdy zwielokrotniają zakresy światła niebieskiego, fioletowego i zielonego ponad ilości do których istota ludzka w okresie ewolucji się przystosowała.

Okazuje się, że nowsze, energooszczędne technologie oświetleniowe stanowią dla człowieka większe ryzyko niż używane od ponad stu lat tradycyjne żarówki. Poniżej omawiam cztery rodzaje oświetlenia szeregując je w kolejności od najkorzystniejszych dla naszego zdrowia (z przyczyn wiadomych pomijam ogień i jego pochodne, takie jak lampy naftowe czy świece, aczkolwiek zachęcam do stosowania, w miarę możliwości).

  1. Tradycyjne żarówki

Tradycyjne żarówki wprowadzono do użytku w drugiej połowie XIX wieku. Ich działanie opiera się na wykorzystywaniu energii elektrycznej do rozświetlenia wolframowego żarnika. Problem z tą technologią polega na tym, że jest ona mało wydajna, bowiem 95 % energii przeznaczonej na rozświetlenie żarnika jest zamieniane w ciepło. Jeśli jednak chodzi o wpływ na biologię człowieka to jest to najmniej szkodliwy rodzaj sztucznego oświetlenia. Światło wytwarzane przez tego typu żarówki jest światłem ciepłym zawierającym czerwone i pomarańczowe spektrum przypominające światło słoneczne, spektrum światła niebieskiego nie stanowi w nich aż tak dużej części jak w przypadku nowszych, energooszczędnych źródeł światła.

2. Żarówki halogenowe

Oświetlenie halogenowe stanowi unowocześniony model tradycyjnej żarówki i podobnie jak wcześniejszy wykorzystuje termiczne źródło światła. W związku z tym ma podobną wadę – nie jest to energooszczędne oświetlenie. Jeśli jednak chodzi o spektrum światła jest ono bardziej przyjazne dla człowieka niż światło pochodzące z oświetlenia energooszczędnego. 

3. LED

Nowoczesna i energooszczędna technologia LED wykorzystuje światło oparte na elektroluminescencji. Najkrócej mówiąc mamy w niej do czynienia z bezpośrednią przemianą prądu w światło. Są one bardziej żywotne w porównaniu z tradycyjnym oświetleniem, wydajniejsze oraz produkują jaśniejsze światło, co w niektórych sytuacjach może być korzystne. Główny problem związany z tym światłem jest taki, że w dużej mierze jest ono oparte głównie o niebieskie, filetowe i zielone spektrum światła, które nie jest dla człowieka korzystne po zachodzie słońca kiedy to jest dla nas nietypowym sygnałem świetlnym. Kolejnym problemem, który niesie oświetlenie LED, jest tworzenie brudnej elektryczności w naszym otoczeniu. 

4. Świetlówki, lampy fluorescencyjne 

Lampy fluorescencyjne są pierwszym energooszczędnym źródłem światła, jakie wynaleziono. Ponieważ są tańsze niż LED-y, często są wybierane. Jednak ze względu na działanie na nasze zdrowie jest to najbardziej niekorzystny rodzaj oświetlenia. Żarówki te zawierają rtęć i w przypadku rozbicia wydostaje się ona do naszego środowiska. Ponadto żarówki te wytwarzają promieniowanie UV, które jest bardzo niekorzystne dla naszego zdrowia. Dodatkowo emitują wysoki poziom promieniowania EMF oraz wytwarzają brudną elektryczność w naszym otoczeniu.

Mając na uwadze powyższe dane z troską o swoje bezpieczeństwo i zdrowie wybierajmy jak najbardziej optymalne dla nas oświetlenie. Starajmy się też ze sztucznego oświetlenia nie korzystać nadmiernie – będzie miało to pozytywny wpływ nie tylko na naszą kieszeń, ale i na nasze zdrowie. Pamiętajmy, że zwłaszcza po zmroku i w późnych godzinach wieczornych ekspozycja na silne światło białe może prowadzić do zaburzeń naszego cyklu dobowego, zahamowania wydzielania melatoniny, a w dłuższej perspektywie – do rozregulowania delikatnej harmonii biologii naszego organizmu. Nauczmy się więc tak wybierać i zarządzać naszym oświetleniem, by pozowało nam ono w pełni wykorzystywać nasz biologiczny potencjał, a nie zakłócać nasze zdrowie.

Biohacking dla kobiet – dlaczego powinien być inny niż jego męskie wydanie?

Biohacking obejmuje wiedzę o zmianie środowiska zewnętrznego i wewnętrznego oraz działania mające na celu większą kontrolę nad naszą biologią. Pozwala to optymalizować procesy przebiegające w naszym organizmie i stać się „najlepszą wersją siebie”. Chociaż biohackerzy modni są z używania najrozmaitszych gadżetów i monitorowania swojej fizjologii, tak naprawdę możemy biohackować swój organizm na podstawowym poziomie bazując na korzystnych zmianach nawyków oraz własnej intuicji. Jednak typowy biohacking kojarzy się przede wszystkim ze zorientowaniem na cel, maksymalizacją osiągnięć, raczej dość oschłą próbą „wyciśnięcia” z własnego organizmu wszystkiego, co się tylko da. Nie jest to prawdą, choć świat biohackingu rzeczywiście zdominowany był do tej pory głównie przez mężczyzn i zapewne w związku z tym może wydawać się nieco szorstki i bezkompromisowy. Większość biohackerów to mężczyźni, zalecane w tym nurcie praktyki (takie jak dieta, ćwiczenia fizyczne czy inne metody hormetyczne) najczęściej badane były głównie na mężczyznach i odnoszą się do ich fizjologii, która – czego raczej nie trzeba wyjaśniać – różni się od kobiecej. Twórca terminu biohacking Dave Asprey przyznaje, że to właśnie kobiety mogą być najlepszymi biohackerami ponieważ to one są bardziej wsłuchane w swój organizm, od wczesnych lat w związku z miesięcznym cyklem hormonalnym uczą się wsłuchiwać w rytm własnych ciał i dyktowane tym rytmem zmiany i odpowiadać na nie.

Czym więc może być biohacking w kobiecym wydaniu? Dokładnie tym samym – obserwacją w jaki sposób wewnętrzne i zewnętrzne czynniki oddziałują na nasz organizm i próbą optymalizacji ich mając na względzie fakt, że drastyczne diety, ekstremalne ćwiczenia i twarde metody mogą okazać się niekorzystne dla naszej delikatniejszej biologii. Kobieta, która pragnie zostać biohackerką, powinna przede wszystkiem poznać swój organizm, jego cykliczność, zmiany, jakie w nim zachodzą i pozostać aktywną w tych obszarach, w których może wprowadzić korzystne zmiany. Ważne w tej optymalizacji pozostaje samoświadomość, obserwacja i bardzo indywidualne podejście – choć zalecenia są podobne ze względu na naszą jednostkowość i indywidualne zmiany możemy potrzebować dostosowania ich do naszych własnych potrzeb.

Jak długo korzystać z sauny, by uzyskać korzyści zdrowotne?

Każdy z nas nieco inaczej reaguje na warunki podwyższonej temperatury, jakie panują w saunie – po różnym czasie zaczynamy się pocić, z inną częstotliwością uderzają nasze serca i różne długości czasu jesteśmy bez problemu w stanie w saunie spędzić. Jednak biorąc pod uwagę liczne badania możemy oszacować pewien przybliżony czas, po którym u większości ludzi wystąpią pewne określone reakcje. Większość badań obejmuje osoby korzystające z sauny suchej o temperaturze 70-100 stopni Celsjusza i w związku z tym o takich właśnie warunkach będę pisać powołując się na wspomniane prace.

Wielu osobom może wydawać się, że sauna to tylko usuwanie toksyn i ćwiczenie dla układu sercowo-naczyniowego. Jest to jednak jedynie wierzchołek góry lodowej korzyści jakie możemy czerpać z regularnego korzystania z sauny. Ale jeśli rzeczywiście pragniemy saunę postrzegać jako narzędzie wspierające nasze zdrowie, a nie jedynie przyjemne urozmaicenie czasu, warto spędzić tam wystarczającą do zajścia pewnych zmian w naszej fizjologii ilość czasu.

A zatem – jak dużo czasu spędzić w saunie?

W zależności od ilości czasu spędzonego w podwyższonej temperaturze sauny w fizjologii naszego organizmu zachodzą odpowiednie zmiany:

  1. 5-10 min. – po tym czasie zaczynamy się pocić i usuwać toksyny. Badania pokazują, że wraz z potem człowiek usuwa zarówno trwałe zanieczyszczenia organiczne (persistent organic pollutants, POPs) jak i metale ciężkie takie jak rtęć, kadm, ołów oraz bisfenol A i PCBs.
  2. ok. 10-15 min. – wzrost tętna. Oczywiście reakcja uzależniona jest od kondycji, temperatury i tolerancji na ciepło. Jednak w jednym z badań przeprowadzonych wśród młodych mężczyzn w saunie o temperaturze 90 stopni Celsjusza zaobserwowano wzrost tętna po 12 min.1.
  3. 15 min. – wzrost poziomu hormonu wzrostu. Korzystanie z sauny sprzyja zwiększonej ilości hormonu wzrostu. W badaniach obserwujemy, że dwie sesje 20 minutowe w saunie o temperaturze 80 stopnie Celsjusza z przerwą na wychłodzenie trwającą 30 minut zwiększyły dwukrotnie poziom hormonu wzrostu w porównaniu z poziomem bazowym, natomiast dwie sesje 15 minutowe w saunie o temperaturze 100 stopni Celsjusza z przerwą na 30 minutowe wychłodzenie spowodowały wzrost hormonu wzrostu o 5 razy2.
  4. Ok. 30 min. – zwiększona produkcja białek szoku cieplnego. Zgodnie z jednym z badań osoby, które spędziły 30 min. w temperaturze 73 stopnie Celsjusza zwiększyły poziom HSP72 o 49%3

Dr Jari Laukkanen w rozmowie z Rhondą Patrick zaznacza, że dla uzyskania korzyści zdrowotnych 10-15 min w saunie o temperaturze 80 stopni może być zbyt krótki okresem. Wydaje się, że 20 minut jest minimalnym czasem dla uzyskania całego szeregu korzyści zdrowotnych, w dużej mierze korzyści dla układu sercowo naczyniowego. Warto zdawać sobie sprawę, że w obszernych badaniach prospektywnych które prowadzono w Finlandii ustalono, że mężczyźni korzystający z sauny 2-3 razy w tygodniu (w porównaniu z tymi, którzy korzystali jedynie raz) są o 22 % mniej narażeni na doświadczenie nagłego zgonu sercowego, natomiast w przypadku tych, którzy często korzystają z sauny (4-7 razy w tygodniu) ryzyko to jest mniejsze o 63 %. Ponadto, ci którzy korzystają z sauny często mieli też o 37 % mniejsze ryzyko przedwczesnej śmierci z jakiegokolwiek powodu, niezależnie od wieku, poziomu ruchu czy innych czynników stylu życia4.